Jestem. Trwam. Zaczynam żyć jak zawsze chciałam. Przestaję się bać obcych źródeł, nowych wydarzeń, rzeczy, które dopiero poznaję, spraw, które zaczynają mnie dotyczyć. Uczę się dużo. I nie tylko pustych teorii, ale przede wszystkim życia. Bo samodzielność przestaje być odległą wizją, a staje się co raz bardziej klarownym planem. O czym mówię? O moich planach, które kiedyś w głowie tworzyły mało sprecyzowaną mrzonkę, a teraz powoli się urzeczywistniają. Choć z drugiej strony towarzyszą mi myśli, że życie gna do przodu. Ja razem z nim. Czasami zwalniam, żeby złapać oddech i wtedy dopada mnie to pytanie: czy ja jestem bliżej końca niż początku?
Kukulska wcale nie była głupia śpiewając „… im więcej ciebie tym mniej…”. Bo przecież mamy pewną „pulę” wydarzeń, które nas w życiu spotkają, w których weźmiemy udział. Co dzień zabieramy jakąś cząstkę z naszego koszyka życia. Czy ja nie biorę zbyt zachłannie? Czy zostawię sobie na tyle, żeby mieć potem uczucie sytości, spełnienia?
I w tej kwestii myślę też o nim. Miłość, można by rzec to szklanka bez dna. Strumień niewyczerpany. Czy aby na pewno? Czy kiedyś przyjdzie dzień, w którym ujrzę dno, kiedy nasze zapasy się wyczerpią? Jeśli bym w tej kwestii miała jakąkolwiek wątpliwość, to czy powinnam wiązać się z tym człowiekiem na całe życie? Dziś kocham, ale czy mogę przestać jutro?
Teraz mówię stanowcze NIE. Ale czy to się kiedyś zmieni? Nie podważam siły naszego uczucia, bo jest ona ogromna i z każdym dniem, spotkaniem, pocałunkiem rośnie. Uczymy się siebie codziennie. Trudna to nauka, ale dająca chyba najwięcej satysfakcji. Kocham i chcę być kochaną. Tak po prostu. Tak zwyczajnie. Mieć tę pewność, którą teraz noszę w sobie, która mi daje wewnętrzny spokój.
I chciałabym jeszcze małego Aniołka. Bardzo. Wiem, że na ziszczenie tego marzenia pozostaje mi czekanie, ale już jestem tutaj gotowa przyjąć go. I kochać.